Nie pamiętam już wielu szczegółów...
Akcja rozegrała się w mieszkaniu mojej koleżanki. Oprócz niej i Jej Brata była jeszcze jedna dziewczyna. W pewnym momencie Brat zaczął się dusić, ale nikt nic nie robił. Tzn panikowałyśmy wszystkie nie wiedząc co się dzieje, ale Jego Siostra nie robiła nic oprócz trzymania brata za rękę, gdy już leżał na podłodze.
Spojrzałam na niego. Teraz leżał nagi! na ławie! z otwartymi oczami! Jego ciało było nieruchome i wygięte bólem. Siedziałam obok jego głowy, ktora była akurat zwrócona w moją stronę. Pomyślałam, że na bank już nie żyje. Bałam się patrzeć na niego, a co dopiero zbliżyć i sprawdzić czy oddycha.
- Boże, wezwij karetkę albo jedźmy taksówką! - krzyczałam.
Ale Jego Siostra spojrzała na mnie tak, że pomyślałam, że ona to robi specjalnie, że chce żeby on umarł.
- Już pewnie nie żyje.. - powiedziałam cicho.
- Żyje - odpowiedziała ledwo słyszalnym szeptem.
Trochę mnie to uspokoiło, ale tylko trochę dopóki nie przypomniałam sobie jak wygląda i że ja TU jestem i nie potrzebuję żadnych zapewnień, bo widzę co się dzieje!
A potem sie obudziłam i skończyłam czytać książkę, w której umiera główna bohaterka.
A potem potem zadzwoniła Antenka i spytała czy wiem, że Bryan Adams nie żyje. Bryan na szczęście żyje.
A dzień się jeszcze nie skonczył...